Zorganizowana praca
Jeden ruszył do lasu ścinać drzewa na budulec, drugi dostarczyć miał trzciny na pokrycia, trzeci, liczący czterdziestu ludzi, podniósł welbot i na barkach dźwigał go ku morzu. Sheldon zacisnął zęby, zebrał w cugle słabnącą wolę i raz jeszcze ujął rządy plantacji. Patrzył pan na barometr? - zapytał kapitan Oleson, zatrzymując się na ostatnim schodku. Zamierzał był właśnie wrócić na statek i dopilnować łado¬wania chorych do łodzi. Nie - odparł Sheldon. - Czy spada? Spada. W takim razie lepiej będzie, jeśli pan zanocuje na pokładzie - zdecydo¬wał Sheldon. - O pogrzeb proszę się nie troszczyć. Sam zajmę się biednym Ilughie. Właśnie umierał jeden czarny, kiedy odpływałem na brzeg. Kapitan na pozór sucho skonstatował fakt, właściwie jednak czekał na decy¬zję. Nagle fala gniewu szarpnęła nerwami Sheldona. Do wody z nim! - krzyknął. Któż to może być? Co tu robi?- przemknęło przez zamgloną świadomość Sheldona.