Upragniona zmiana pogody

Pierwszy podmuch wiatru, wątły i pełen ożywczej świeżości, owinął jak jedwab wyschłe w upale ciała, właśnie gdy Sheldon koń¬czył modlitwę. W chwilę potem, gdy łopaty spiesznie pracowały w piasku, nad¬leciał powiew drugi, ostry, gniewny i tak potężny, że Sheldon musiał mocno uchwycić się szyi swego ludzkiego wierzchowca, żeby nie zostać porwanym. Czarny tuman zasłonił JESSIE, a ponad lądem i morzem wzniósł się złowiesz¬czy grzmot tysiąca drobnych, pienistych fal, bijących o brzeg. Brzmiało to niby potężne bulgotanie olbrzymiego kotła. Ze wszystkich stron rozległ się od razu głuchy i wielokrotny łopot padających kokosów. Wysokie, smukłopienne palmy wiły się i prężyły jak bicze. Powietrze zostało zasypane zerwanymi z nich liść¬mi, z których każdy, padając łodygą w dół, zabić mógł człowieka.