Droga do domu

Lunął deszcz, ulewa rzęsista wartka, skośna, aż prawie pozioma fala, co rwała na¬przód niby rzeka, buntując się przeciwko prawu ciążenia. Czarny tragarz Shel¬dona rzucił się głową w przód na spotkanie prądu i schylony, przedzierał się przez falę, żeby uniknąć przewrócenia i zatopienia. „Sam śpi tej nocy, daleko od swoich" - zacytował Sheldon, myśląc umarłym, spoczywającym w ciepłym piasku, przez który strugi deszczowej wody przenikają ku zimnym zwłokom. Z wysiłkiem brnęli ku domowi po stromym brzegu. Inni czarni podtrzymywali i ciągnęli tego, na którego plecach jechał Sheldon. Niejeden, co prawda, byłby z ochotą ściągnął na ziemię białego pana i rozmiażdżył go w krwawą nicość. Lecz rewolwer automatyczny za pasem, czarna lufa niosąca zgon gwałtowny a niechybny, przede wszystkim zaś potężna wola tego człowieka, gardząca śmiercią, kazały im pokornie schylać kark i pomagać panu wydobywać się z burzy w bezpieczne miejsce.